Recenzja Bones and All – IGN

Recenzja Bones and All – IGN

Bones and All już w kinach.

Kości i wszystko Luca Guadagnino jest bujne, romantyczne i brutalne. Film o kanibalskiej wyprawie samochodowej, który rozwija swoją mitologię podobną do wampirów lub wilkołaków, to poetycki kawałek amerykańskiego gotyckiego horroru z nieoczekiwanymi zwrotami akcji zakorzenionymi w rygorystycznym dramacie postaci. Prowadzony przez gwiezdne występy, między innymi Taylora Russella, Timothée Chalameta i Marka Rylance’a, wydaje się w pełni żywy nawet w najbardziej ospałych momentach, co daje dzieło, które jest zarówno słodsze, jak i zabawniejsze, niż można by się spodziewać, ale nie mniej łamiące serce.

Zaczyna się skromnie w Wirginii w latach 80., gdzie nastoletnia Maren (Russell) aklimatyzuje się w nowej szkole i bogatych białych przyjaciołach, pomimo prób jej ojca, Franka (André Holland), aby zapewnić jej schronienie. Jego powody stają się aż nazbyt jasne, gdy Maren wymyka się na nocowanie i podczas chwili fizycznej i emocjonalnej intymności z koleżanką z klasy, daje się ponieść emocjom i odgryza palec. Kiedy wraca do domu cała we krwi, brak zaskoczenia Franka (oraz szybkość i rutyna, z jaką kazał jej się pakować i wychodzić) mówi nam, że zdarzało się to już wcześniej.

To także ostatnia kropla. Kilka miesięcy po tym, jak przeprowadzili się do Maryland pod nowymi tożsamościami, niechętnie porzuca Maren w środku nocy, zostawiając ją z niczym więcej niż aktem urodzenia – który zawiera skąpe szczegóły dotyczące jej matki, z którą była w separacji, którą ledwo pamięta – i Walkmana z kasetą wyjaśniającą jego działania i ujawniającą części jej krwiożerczej przeszłości, którą od dawna ukrywał. Nie mogąc słuchać tego wszystkiego naraz, stopniowo trawi jego wyznanie audio w drodze, jadąc autobusami i autostopem, w nadziei, że wytropi matkę i znajdzie odpowiedzi na swój temat.

Ta podróż, jej spotkania i przystanki służą jako proxy dla opowieści o samopoznaniu, przerywanej tym samym rodzajem samotności i romansu, które Guadagnino przyniósł Nazywaj mnie swoim imieniem. Pełno w nim również gotujących się uczuć dziwacznej nienawiści do samego siebie, z oczywistą, ale skuteczną paralelą z filmową wersją kanibalizmu – lub „zjadaczy” – dla których konsumpcja i pobłażanie mogą być naznaczone wstydem. Guadagnino po raz pierwszy odwołuje się do tych uczuć, gdy Maren na krótko przecina ścieżki z ekscentrycznym kanibalem o imieniu Sully (Rylance), który nosi kucyk pod kapeluszem z piórami, odnosi się do siebie w trzeciej osobie i wącha naszego młodego uciekającego bohatera z odległości pół mili. Zjadacze mają wyostrzony zmysł węchu, dowiadujemy się od Sully’ego, który nie tylko uczy Maren podstaw „swojego” rodzaju, ale funkcjonuje jako widmo samotnej przyszłości, coś w rodzaju starszego dziwaka, który widział najgorsze z tego, co Świat ma do zaoferowania i chce przygotować Maren do przetrwania w samotności.

Pomimo rozlewu krwi, który ma miejsce głównie poza ekranem, istnieje poczucie rytualizmu jedzenia ludzkiego mięsa – nie w sensie kulturowym ani nawet okultystycznym, ale jako akt intymności między dwojgiem ludzi (dwoma zjadaczami lub jedzącym i zjedzonym). Jednak tradycja kanibalizmu schodzi na drugi plan, gdy ścieżki Maren krzyżują się z Lee (Chalamet), młodym, wylęgającym się dwudziestokilkuletnim dusicielem z widocznym kodeksem moralnym i pozorami pozostającego związku z rodziną (rzadkość dla zjadaczy). Jest wychudzony i niezręczny, z cichym usposobieniem, które nastolatka taka jak Maren może uznać za tajemniczą, ale jest w nim też coś wyraźnie przygnębionego — między tym a Call Me By Your Name Guadagnino udoskonalił sztukę wykorzystania Chalameta do stworzenia kina Sadboi — A osobista dynamika bohaterów, film daje poczucie nowego spokoju, przynajmniej na chwilę. Odpowiednio, kluczowa scena dla zrozumienia przez Lee i Maren innych zjadaczy (i ich samych) przybiera formę odkrywczej rozmowy przy kominku z postacią graną przez Michaela Stuhlbarga. Jest to jednak emocjonalny antonim swojego odpowiednika w Call Me By Your Name, wywołujący raczej napięcie i niepokój niż pocieszenie.

Gdy Maren i Lee przemierzają Stany Zjednoczone, Guadagnino i operator Arseni Khachatran malują każde miejsce namacalną fakturą, używając celuloidu, aby uchwycić zarówno atmosferyczne ciepło, jak i emocjonalną tajemnicę unoszącą się w powietrzu. Bawią się nawet ekspozycją przez kilka klatek, w momentach, w których żywe wspomnienia na chwilę wdzierają się do świadomości bohaterów, jakby chcieli zakorzenić ich niepokojące myśli w fizycznych doznaniach, wypalonych na kliszy. Przez cały czas grają z kompozytorami Trentem Reznorem i Atticusem Rossem Psotne, nawiedzone tony, gdzie każda rozciągnięta, pojedyncza nuta gitary praktycznie uprzedza następną, jakby przedzierała się przez samotną ciszę między nimi — aż ta cisza zostaje wypełniona eteryczną melodią. To dźwięk zakochiwania się, ale jest też tak smutny, jakby romans Maren i Lee nie trwał długo na tym świecie z tego czy innego powodu.

Guadagnino dzierży smutek nie jako afekt, ale jako tkaninę, która faluje pod ciężarem przeszłości.


Niektóre zygzaki i zygzaki filmu mogą nie do końca pasować do jego apatii – w szczególności jeden późny zwrot, choć szokująco trzewny, sprawia, że ​​​​jego ciche, utrzymujące się horrory są nieco zbyt jawne – ale rzadko zdarzają się chwile, kiedy Bones and All nie ‘t.’ nie jest wciągające. Guadagnino dzierży smutek nie jako afekt, ale jako tkaninę, która faluje pod ciężarem przeszłości, nawet zanim zostanie w pełni odkryta, czego efektem jest film, w którym miłość jest zarówno ciężarem, jak i wyzwoleniem.

Leave a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *