Recenzja Bono – oszczędny występ frontmana U2 „solo in Soho” to triumf |  U2

Recenzja Bono – oszczędny występ frontmana U2 „solo in Soho” to triumf | U2

Bono przyjechało do Londynu, aby dać koncert z dumą – i bezwstydnie w imię miłości. Człowiek, który dominował na arenie rockowej na kilku kontynentach przez prawie cztery dekady, wybrał „opuszczenie stadionu dla Palladium”, jak to ujął, wyjście na scenę bez kolegów z U2 i „bycie solo w Soho ” — aby mógł rozwinąć cichą, nieoczekiwanie intymną historię o miłości i bólu.

Jeszcze zanim ruszył dalej – mając wsparcie harfy, wiolonczeli i perkusisty-dyrektora muzycznego – było jasne, że to nie będzie zwykłe przedstawienie. Wśród tych, którzy oglądali, z telefonami włożonymi do obowiązkowych zamykanych torebek, aby zapewnić noc nieprzerwanej uwagi, byli inni muzycy, Noel Gallagher i Brian Eno; dawni i obecni towarzysze w kampaniach pomocowych i redukcji zadłużenia Bob Geldof, Richard Curtis i były minister Partii Pracy Douglas Alexander; I człowiek, który kierował U2, gdy byli nastolatkami: Paul McGuinness.

Od samego początku Bono sygnalizował, że dąży do czegoś innego. Kiedy publiczność próbowała klaskać, uciszył ją gestem. Tylko raz zaprosił ich, by przyłączyli się do niego w chórze (z niedzielnej Krwawej Niedzieli). To nie miało być takie przedstawienie.

Zamiast tego, w ciągu godziny i trzech kwadransów rozwinął to, co obiecał, że będzie historią o tym, jak jego żona, Alison Stewart, „uratowała mnie przed samym sobą”. Powtarzały się deklaracje miłości do niej, a jednak to nie ten związek zajmował Bono. Zamiast tego, powtarzając swoje bestsellerowe wspomnienia Surrender, piosenkarz i aktywista wciąż na nowo powracał do miłości, której pragnął, ale która nigdy nie została w pełni wypowiedziana: miłości do ojca.

Więc tak, Bono opowiedział historię powstania U2 i był krótki ukłon w stronę zwykłej autobiografii rockowej – jak pisaliśmy piosenki – z instynktowną relacją z narodzin I Will Follow. Ale chwile, które pozostały, to chwile, w których Bono stał się aktorem, mając na planie nie więcej niż dwa krzesła – kiedy odtwarzał zwykłe rozmowy w pubie z ojcem, w których Bono grał obie role: potrzebującego syna i jego niewymownego ojca, uparcie odmawiającego bycia pod wrażeniem galopującego, podbijającego świat sukcesu syna.

To właśnie te momenty występu – uzupełnione krótkimi kameami Bono, gdy kierował głosy procesji postaci, od Luciano Pavarottiego, przez Dianę, księżną Walii, po chirurga, który operował jego „ekscentryczne serce”, gdy Bono był bliski śmierci w 2016 – to sprawiło, że był to prawdziwy kawałek teatru, a nie tylko odłączony zestaw gwiazdy rocka z kilkoma dodatkowymi gadatliwymi bitami pomiędzy. Spektakl, podobnie jak książka, miał narrację i tworzył momenty prawdziwych emocji – nie tylko u samego wykonawcy, który wyglądał na bliskiego przytłoczenia czasem podniesienia kurtyny.

Oczywiście cała ta sprawa mogła wyglądać jak ohydne pobłażanie sobie i Bono też o tym wiedział. Powiedział, że pisanie pamiętnika jest „niedorzeczne”, a jego wykonanie to „zupełnie inny poziom wpatrywania się w pępek”. Ale uszło mu to na sucho z co najmniej trzech powodów.

Po pierwsze, było wystarczająco dużo humoru (i samoświadomości), aby przebić pompatyczność. Krótkie wcielenie się w postać Tommy’ego Coopera – z pewnością nieobecne, gdy występował na Broadwayu i w Los Angeles – było na tyle mało gwiazdorskie, by wygrać.

Po drugie, Stories of Surrender stawia pytania wykraczające poza życie i osiągnięcia samego Bono. Zastanawia się nad aktywizmem. Czy bajecznie bogatemu człowiekowi jest gorzej gadać o światowym ubóstwie – czy nie? Mocował się głośno z pragmatyzmem, przez który niektórzy nazywali go hipokrytą za bliską współpracę, na przykład z tą samą administracją George’a W. Busha, która dokonała inwazji na Irak. Na tylnej okładce Surrender znajduje się nabazgrana próba napisania podtytułu: „Wyznania…”. Słowa „artysta”, „aktywista” i „dupek” są oferowane, ale przekreślone, zanim zdecydują się na „aktualistę”. Na scenie Bono zdefiniował to słowo jako „ludzi, którzy naprawdę chcą załatwić gówno”. Odbyła się krótka, ale szczera dyskusja na temat niedocenionego aspektu życia i pracy Bono, a mianowicie jego wiary chrześcijańskiej.

I po trzecie, muzyka, która oczywiście sprawiła, że ​​wszystko zadziałało. Ten program przypomniał, jak głęboko zakorzenione są piosenki U2 w pamięci ludowej, ale rzadko, jeśli w ogóle, słyszano je w ten sposób. Przygotowania były oszczędne, aż do punktu nieufności – czasami zatrzymywanie się tuż przed startem, które zachwyciłoby tłum na stadionie. W rezultacie w klasyku, takim jak With or Without You, ból stał się niepowtarzalny i nowy.

Kiedy zakończył występ śpiewając samotnie Torna a Surriento, melodię ukochaną przez jego zmarłego ojca, efekt był pełny. Był to portret artysty jako młodego człowieka, który mimo że ma już 60 lat, wciąż się starzeje. Ten ogień wciąż płonie – i jest niezapomniany.

Leave a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *