Recenzja Weyes Blood: And in the Darkness, Hearts Alow – mrok staje się czymś pięknym |  Muzyka

Recenzja Weyes Blood: And in the Darkness, Hearts Alow – mrok staje się czymś pięknym | Muzyka

Tostatni raz świat usłyszał o piosenkarce i autorce tekstów Natalie Mering w 2019 roku, a Titanic Rising, jej czwarty album pod tytułem Weyes Blood, całkiem słusznie został okrzyknięty jednym z najlepszych w roku. Brzmienie Titanic Rising było bogate i bardzo przywodziło na myśl Kalifornię wczesnych lat 70. Jej piosenki były jednak w dużej mierze wytworem XXI wieku, naznaczonym wszechogarniającym poczuciem zbliżającej się katastrofy, napędzanym indeksem tysiącletnich niepokojów, które rozciągały się od internetowych randek po późny kapitalizm i upadek środowiska.

Nieoczekiwanie trzy lata, które upłynęły, nie poprawiły nastroju Meringa. Według własnego uznania nie była jedną z tych osób, dla których pandemia Covid-19 była nieoczekiwanym, ale ostatecznie mile widzianym resetem, szansą na zatrzymanie się, oddech i podsumowanie. „Czy kiedykolwiek było bardziej odkrywcze, że ludzie cierpią”, pyta retorycznie o następcę Titanic Rising, album, na którym wszystko jest zepsute i nikt nie może połączyć się ze wszystkimi.

Okładka Weyes Blood: And in the Darkness, Hearts Open.
Okładka Weyes Blood: And in the Darkness, Hearts Open. Zdjęcie: Neil Krug

„Oddałabym wszystko, żeby się powiesić, byłam bez przyjaciół” — protestuje w piosence zatytułowanej Hearts Aglow, ale kiedy to robi, nie przynosi to aż takiej ulgi. Po pięknym migotaniu strun, pierwszą rzeczą, którą usłyszycie na And in the Darkness, Hearts Aglow jest Mering opisujący samotne siedzenie na imprezie: „zastanawiam się, czy ktoś mnie zna, naprawdę widzi, kim jestem – minęło tak dużo czasu, odkąd czułem się naprawdę znany.” Gdyby ktoś zastanawiał się, w czym zdaniem Mering tkwi problem, dołączone wideo do piosenki „It’s Not Just Me It’s Everybody” przedstawia choreografię pas de deux z animowanym telefonem komórkowym, który, gdy nie tańczy, wyrywa wnętrzności istotom ludzkim. W Grapevine czule wspomina swojego byłego, zastanawiając się, czy jeszcze go zobaczy: kiedy później to robi, on jedzie po drugiej stronie drogi, przelotnie widziany, gdy jedzie w przeciwnym kierunku. To światopogląd, który być może jest powiązany z jej niemądrymi ustaleniami dotyczącymi blokady. „Powinienem był zostać z rodziną” – skarży się ze smutkiem, gdy album dobiega końca. będzie używał w swojej literaturze turystycznej, bez względu na to, jak udany będzie I in the Darkness, Hearts Aglow.

Niezależnie od tego, jakie spustoszenie pandemia mogła siać w już i tak ponurym spojrzeniu Mering, nie zepsuło to jej melodyjności. A w ciemności Hearts Aglow delikatnie bombarduje cię jedną fantastyczną melodią po drugiej: cudownym westchnieniem Grapevine; Twin Flame, na którym jej wokal wznosi się daleko od rzadkiego podkładu z syntezatora i starożytnej maszyny perkusyjnej; zwodniczo beztrosko brzmiące dzieci Imperium, otoczone złożoną aranżacją inspirowaną Brianem Wilsonem, która ostatecznie obejmuje wszystko, od rurowych dzwonów po tubę, ale nigdy nie brzmi przesadnie.

Co więcej, jednowierszowy ton albumu – ponury, światowy adres z bujnymi aranżacjami w stylu retro – sprawia wrażenie, jakby nie doceniał swojej złożoności. Jego brzmienie to nie tylko kwestia rekonstrukcji historycznej. Droga Mering do tworzenia takiej muzyki była okrężna – rozpoczęła swoją karierę jako część sceny noise-rockowej Portland, ciesząc się krótkim okresem jako basista przerażających odkrywców dźwięku Jackie-O Motherfucker, podczas gdy wczesne wydawnictwa Weyes Blood dotyczyły trudnego lo-fi freak-folk – a jej eksperymentalna przeszłość wciąż bulgocze przez bujny blask albumu. God Turn Me Into a Flower łączy swój głos i melodie z syntezatorem drona, który ostatecznie pochłania piosenkę, przekształcając ją w krajobraz wzburzonych elektronicznych fluorescencji i dziwnie niepokojącego ptasiego śpiewu. Jest coś podobnie napiętego i niepokojącego w instrumentalnym przerywniku In Holy Flux i hałasie, który otwiera się, a potem przerywa pełen harmonii country rock The Worst Is Done.

Tymczasem oczywiste porównanie wokalne dotyczy Karen Carpenter, z którą łączy ją kontrolowana, aksamitna melancholia. I podobnie jak w przypadku muzyki Carpentera, w centrum tego albumu jest coś dziwnie niepoznawalnego. Tak samo jak nigdy nie jest do końca jasne, czy Carpenter celowo przenosiła to, co miało być łatwe do słuchania, z niemal nieznośnym smutkiem – czy naprawdę wlewała własne cierpienie w czytanie piosenek, czy też słuchacz po prostu retrospektywnie projektuje swoją wiedzę na dźwięk jej głosu – nie do końca wiadomo, czy wszystko, co śpiewa Mering, ma śmiertelną powagę. Kiedy beztrosko demontuje początkowy optymizm The Worst Is Over – „Myślę, że to dopiero się zaczęło” – zaczynasz się zastanawiać, czy jesteś w obecności zwiastuna zagłady, czy wyjątkowo śmiertelnie poważnego humorysty. To sprawia, że ​​And in the Darkness, Hearts Alow wydaje się bardziej zagadką, niż się pojawia na początku – taką, której rozwiązanie jest czystą radością.

W tym tygodniu Alexis słuchała

Joy Orbison, 2m3 2U
Przeciwieństwo soczystej niedawnej współpracy Joy Orbison z Jorją Smith, 2M3 2U jest rzadkie, wymagające mieszania mózgów i stworzone z myślą o ciemnych parkietach tanecznych we wczesnych godzinach rannych.

Leave a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *