Zdobywca Złotego Demona, Chris Clayton, na swojej oszałamiającej gigantycznej dioramie

Zdobywca Złotego Demona, Chris Clayton, na swojej oszałamiającej gigantycznej dioramie

Niewiele nagród w świecie sztuki współzawodnictwa jest tak ostrych jak Slayer Sword — wyjątkowa nagroda przyznawana co roku, raz w Stanach Zjednoczonych i ponownie w Wielkiej Brytanii, przez Games Workshop. Broń o długości 5 stóp, wręczana co roku od 1987 roku przez twórcę miniatur podczas imprez malarskich Złotego Demona, jest marzeniem wielu początkujących malarzy miniatur. Znikająco niewielu dzierżyło ostrze. Najnowszy to weteran hobbysta, Chris Clayton.

Trzydzieści pięć lat temu Clayton odniósł kilka wczesnych zwycięstw w konkursach malarskich w całej Wielkiej Brytanii, kiedy Games Workshop miało na swoim koncie tylko osiem sklepów. Clayton miał zaledwie 14 lat, kiedy przyznano inauguracyjny miecz Slayera. W tym roku to Clayton miał podnieść miecz, by stoczyć potworny pojedynek, który wyrwał z czasu.

„Dla mnie osobiście miniaturowe malowanie było ucieczką od codzienności” – powiedział Clayton niedawno w e-mailu do Polygon. Wtedy [in 1987]malarstwo miniaturowe było w powijakach i było bardzo mało instrukcji lub technik, nie mówiąc już o materiałach lub społeczności. […] Rzadko zdarzały się nawet obrazy malowanych miniatur”.

Po 38 latach malowania Clayton pracuje dziś w czymś, co nazywa „skromnym studiem”, w którym okna są owinięte folią rozpraszającą światło; gdzie pojemniki z farbą Citadel dzielą przestrzeń z lakierami akrylowymi, farbami olejnymi, aerografami i pędzlami z sobolowego włosia; i gdzie zawsze można usłyszeć muzykę „aby przywołać lub wzmocnić pamięć”, napisał Clayton.

To tutaj narodziła się tegoroczna praca, która zdobyła nagrodę Slayer Sword, i tutaj spoczywa teraz miecz.

Postać olbrzyma stojącego w przyboju ze stopami widocznymi pod falami, trzymającego za gardło krakena.  Hydrapodobne głowy krakena łamią się i wymachują.  To zbliżenie pokazuje przezroczystą żywicę w podstawie, a także szczegóły z przodu tułowia.

Zdjęcie: Warsztat gier

Widok z tyłu posągu olbrzyma i krakena pokazuje szczegóły flotsam i jetsam zwisających z jego talii.  Fale wydają się szaleć.

Zdjęcie: Warsztat gier

Widok z prawej strony posągu olbrzyma i krakena pokazuje krople wody spływające z hydry i odręczny tatuaż na olbrzymie.

Zdjęcie: Warsztat gier

„Uwielbiam potwory, a im większe, tym lepsze” — napisał Clayton. „Nadają poczucie skali i, jeśli już, wzmacniają kruchość bycia człowiekiem w tych światach. Tworząc dzieło, zacząłem tworzyć historię, która pasowałaby do wizualnej narracji rzeźby”.

„Wyobrażałem sobie, że marynarz zostaje powieszony, przeklęty i wypuszczony przez swoją załogę za jakieś przesądne wykroczenie żeglarskie. Nasz Pożeracz Krakenów spotkał tego żeglarza […] marynarz, teraz nieumarły, targował się z olbrzymem, by podróżował z nim w celu zemsty na jego byłej załodze.

Po historii pojawiły się „wyczerpujące” schematy strukturalne, aby stworzyć „przekonujące pojęcie ruchu, napięcia i realizmu”, aby wyrwać ten moment z czasu. Część tego planowania położyła podwaliny pod skomplikowaną podstawę pojedynku. „Było to niezbędne do powodzenia realizacji całego utworu” — napisał Clayton. „Widziałem kilka wspaniałych przykładów modelowania statków, w których okręty podwodne przebijały się przez powierzchnię mórz i pomyślałem, że byłoby naprawdę fajnie włączyć tego typu efekt do dzieła fantastycznego”.

Główne komponenty modelu pochodziły z 8-calowego pożeracza krakenów Mega-Garganta (210 USD) i Kharibdyssa (70 USD), modelu pierwotnie zaprojektowanego dla frakcji Mrocznych Elfów w Warhammer: Wiek Sigmara. Po wielu przeróbkach, przemyśleniach, siekaniu, siekaniu i klejeniu Clayton miał kości pojedynku — olbrzyma, hydrę i wszystkie szczegóły płytkiego dna morskiego pod nimi.

Postać olbrzyma walczącego z krakenem.  To zdjęcie jest zrobione przed malowaniem i pokazuje, gdzie model został zmodyfikowany za pomocą maszynki do strzyżenia, pił i szpachli.

Zdjęcie dzięki uprzejmości Chrisa Claytona

Postać olbrzyma walczącego z krakenem.  Ten widok z przodu wykonany przed malowaniem pokazuje, jak Chris Clayton wyrzeźbił tekstury połączeń między plastikowymi elementami z zestawu.

Zdjęcie dzięki uprzejmości Chrisa Claytona

Przez następne 360 ​​godzin – 8-godzinny dzień przez 10 tygodni, gdy angielska wiosna przeszła w lato w zeszłym roku – Clayton pracował. „Zawsze lubiłem pracować z ograniczoną paletą, zwłaszcza nad czymś tak dużym i szczegółowym” — napisał Clayton. „Łatwo byłoby, gdyby ten element stał się wybredny, więc trzymając się kilku kluczowych kolorów, a następnie stosując odcienie i odcienie wokół tych wyborów, mogłem zachować spójność i jednorodność kolorów”.

Dzięki palecie o tematyce żeglarskiej „pierwszą częścią obrazu do pomalowania były stopy olbrzyma i teren dna morskiego. W ten sposób, jeśli efekt wody z żywicy nie powiódł się, nie marnowałem czasu i wysiłku na malowanie całego giganta” – napisał Clayton.

Assembly polegało na uchwyceniu tej sytuacji między dwoma ociężałymi stworzeniami, ale jak mógł uchwycić poruszającą się wodę z taką samą ostrością?

„Chciałem czegoś bardziej dramatycznego i burzliwego, w którym najważniejsza była klarowność optyczna, ponieważ pod falami będzie się działo wiele szczegółów” — napisał Clayton. Rzeźbiąc fale w glinie, Clayton stworzył silikonową formę powierzchni wzburzonego morza, a „kiedy podstawa została całkowicie pomalowana, dopracowana i wykończona… Następnie wlałem do formy przezroczystą żywicę, całkowicie zamykając podstawę”.

Ekstremalne zbliżenie wody — żywicy wylanej na podstawę — dwóch dużych postaci walczących na dioramie.  Fale są starannie wyrzeźbione, a woda jest przejrzysta, ale na wierzchu pieni się.

Zdjęcie dzięki uprzejmości Chrisa Claytona

Jedwabne pasma i przezroczyste mikrokulki „zamoczone w przezroczystym lakierze i starannie ułożone” utworzyły pianę w powietrzu i kapiącą wodę, napisał Clayton. Gdy baza została usadowiona, Clayton ruszył w górę, z trudem przesuwając cienkie linie białego podbrzusza widocznego między łuskami hydry, wlewając fiolety i czerwienie w fałdy skóry olbrzyma.

Po 15 pełnych dniach pracy i jednej przejażdżce do Nottingham później Clayton miał miecz w dłoniach.

Zapytany, Clayton powiedział, że nie myśli o sobie jako o artyście, ale raczej o stolarzu lub ceramice. „Leczę miniatury […] jako trójwymiarowe ilustracje, dzięki czemu czuję, że mogę w pełni wyrazić siebie.

„Jestem w tak szczęśliwym położeniu, że mogę mieć miniaturowe malarstwo jako ważną część szerszego, holistycznego, kreatywnego stylu życia. Gdybyś powiedział mi w 1987 roku, że 35 lat później nadal będę malował miniatury, nie uwierzyłbym ci, ale po cichu bym na to liczył” – napisał Clayton. „Teraz łatwo zapomnieć, jakie naprawdę mamy szczęście, że żyjemy w czasach, w których to, co kiedyś było domeną niszowego hobby, jest teraz częścią głównego nurtu kultury popularnej”.

Leave a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *